Loren
Za
cholerę nie mógł się skupić. Jego równe pismo zmieniało się w bazgroły, kiedy
kreślił czarnym długopisem po białej kartce, rozpisując szczegóły zlecenia. Palcami
drugiej dłoni zataczał powolne kółka na swojej skroni. Obserwatorowi mogłoby
się wydawać, że próbuje rozmasować ból, ale tak naprawdę męczyło go coś
zupełnie innego.
Co chwilę zatrzymywał tworzenie
bazgrołów, czekał aż huczenie wiertarki ustanie, a kiedy to się działo,
zastanawiał się na czym skończył. I tak w kółko.
-
Przecież w takich warunkach nie da się pracować! – narzekał do siebie samego,
uderzając pięścią w biurko – obecnie jedyny mebel w pomieszczeniu oprócz krzesła - zawalone kartkami, zalewającymi nawet klawiaturę
laptopa. Rzadko zdarzało mu się pracować w takim bajzlu. Bo artystycznym
nieładem tego już nie było można nazwać. Na kilku niegdyś białych plikach,
widniały dwa okrągłe ślady z kawy, a puste kubki walały się gdzieś obok. Jego
biurko było ogromne, więc wydawało mu się niemożliwością, aby całe było
przykryte stertami wydrukowanych dokumentów, które zaś były zasypane długopisami
o różnych kolorach i spinaczami. No właśnie. Wydawało mu się. Rzeczywistością
było to, że zapanował tam istny chaos, odzwierciedlając chaos , który panował w
jego głowie i współgrając z chaosem, który miał miejsce na parterze jego domu.