niedziela, 5 kwietnia 2020

Hej wszystkim… którzy tu jeszcze zaglądają


Po pierwsze chcę przeprosić wszystkich, którzy czekali, czy nadal czekają na kolejne rozdziały, albo chociaż na jakiś znak życia ode mnie… Tak, żyję. I tak, minął ponad rok od kiedy opublikowałam ostatni rozdział. Dlaczego tyle mnie tu nie było? Nie miałam weny, nie miałam czasu, a do tego dołączyło niezadowolenie z tego, co wychodzi spod mojej ręki, a co za tym idzie - brak chęci do pisania czegokolwiek. Nie chciałam być jak te inne autorki blogów, które ni z tego ni z owego nagle przepadają bez słowa, zostawiając historię niedokończoną i czytelników bez żadnej wiadomości, co będzie dalej… A tu klops :’D Dołączyłam do nich.

Głupio mi, że odzywam się dopiero teraz, po tak długiej ciszy, ale hej, lepiej późno niż wcale, prawda?
Ale czy wracam do opowiadania? Nie wiem. Na pewno wracam do niego myślami, do Eliego i Lorena i mimo że bardzo chciałabym dokończyć pisanie ich historii, która w mojej głowie już od dawna ma swoje zakończenie, to nie wiem czy będę w stanie do niej wrócić po takim czasie, albo czy nie wrócę na chwilę, pomęczę się próbując coś z siebie wykrzesać, sklecę parę rozdziałów i znów zniknę, zawiedziona samą sobą. Dlatego na ten moment opowiadanie jest oficjalnie ZAWIESZONE. Nie chcę nikogo trzymać w niepewności, ani dawać niepotrzebnej nadziei, ale nie wykluczam możliwości pojawienia się kiedyś tu jeszcze jakiejś kontynuacji… Na pewno, jeśli już wrócę do pisania, nie zamierzam publikować pojedynczych rozdziałów – jeżeli kiedykolwiek skończę to opowiadanie (i będę z niego zadowolona xd), pojawi się ono tutaj dopiero wtedy (czyli niestety na pewno nie w najbliższym czasie..).

A na ten moment dziękuje wszystkim, którzy nadal pamiętają.
Do zobaczenia (albo raczej do przeczytania, mam nadzieję)
Ame

PS. Nie zwariujmy w tej kwarantannie.

sobota, 23 lutego 2019

Rozdział XIX - Niedosyt

Eli

Pamiętam dokładnie moment, kiedy po raz pierwszy usłyszałem jego imię. Pamiętam zimną posadzkę, na której siedziałem, obtarte nadgarstki, kłujące ssanie w żołądku, cierpką suchość  w ustach, a także bolesne szpile wbijające się w zdarte do cna gardło i wysiłek jaki wkładałem w zaciskanie powiek, by skryć się przed strugami światła napływającymi z każdej strony jak sztylety. Wydawało mi się wówczas, że cisza odbiera mi zmysły i słyszę skwierczący pisk sączących się z lamp palących strumieni, a każdy dźwięk wyłapany spoza tych czterech białych ścian pozbawionych okien oraz życia był jak łyk wody na ogołoconej i nagrzanej od bezlitosnego słońca pustyni.

poniedziałek, 1 października 2018

Rozdział XVIII - Zakazane imiona



Loren

       - Enzo? - Złotowłosy wyciągnął swoje małe ręce w stronę kołyszącego się na wietrze hamaka, przewieszonego między dwoma wysokimi drzewami, które rzucały cień na leżącego na nim ciemnowłosego chłopca. Jego twarz przykryta była słomianym kapeluszem, spod którego wystawały przydługie, trącane wietrzykiem włosy, a książka, która nie zdołała go uwięzić między słowami, leżała na jego unoszącej się spokojnie piersi, wznosząc się wraz z nią, jak na tafli kołyszącego się morza. Nogi miał skrzyżowane w kostkach, a bose stopy, po których wędrowała zagubiona mrówka, wsparte o chropowatą korę drzewa. - Loren. - Sześciolatek pociągnął za krawędź ulubionej, nieco spranej i zdecydowanie za dużej koszuli brata, a gdy to nie poskutkowało, podskoczył na palcach i udało mu się złapać rąbek kapelusza, odsłaniając twarz drzemiącego. Na czole pojawiły się łagodne zmarszczki, sklejone drzemką powieki zacisnęły się mocniej, aby chwilę później odsłonić ciepłe tęczówki oraz zwężające się pod brutalnym światłem czarne źrenice.

       - Milo… - mruknął, przecierając oko i rozglądając się na boki w sennej dezorientacji. - Co się dzieje? - Podniósł się, tak, aby głowa zajęła pozycję wyższą niż stopy i mrużąc powieki, dojrzał w oddali czubek głowy przemieszczający się szybko po łące oraz długie, brązowe włosy powiewające na wietrze. Promień słońca przedarł się przez mozaikę liści drzew i zaatakował jego oko. Skrzywił się brzydko i schylił głowę, patrząc w zielonkawe, bystre oczy.

niedziela, 2 września 2018

Rozdział XVII - Magia świąt


Loren

Szedł spacerowym krokiem wzdłuż sklepowej alejki, mijając kolejne półki zapełnione po brzegi produktami w różnokolorowych opakowaniach. Potrzebował oliwy z pestek winogron, kminku, cynamonu, suszonych owoców oraz kilku innych rzeczy, będących częścią długiej listy zakupów, którą trzymał jedynie w swojej głowie. Większość tych składników znajdowała się już w wózku, który żwawo, acz nieco lękliwie pchał Eli, idąc równoległą alejką. Miał szukać syropu klonowego i miodu, ale jedyne, na czym się skupiał to uporczywe patrzenie na Lorena. Nieustannie przyspieszał za każdym razem, kiedy oddzielał ich rząd półek i zwalniał pomiędzy nimi, kiedy mógł widzieć swojego Pana.

Po tym, jak niemalże zgubił go w deszczu, zabójca przynajmniej teraz miał już świadomość, jaka to dla chłopaka męka być pozostawionym samemu, kiedy wkoło krąży tylu ludzi. Poznał to po jego zbolałej, zatrwożonej minie, gdy poinformował go, że sam musi znaleźć część składników i nie może zbliżać się do niego na mniej niż dziesięć metrów. To chodzenie po sklepie, patrzenie jednym okiem na Pana, a drugim szukanie syropu, musiało być dla niego jak droga do Mordoru, nie wspominając o tym, że mógł się przy tym nabawić oczopląsu.

wtorek, 7 sierpnia 2018

Rozdział XVI - Życie to tylko sen



Eli 

       - Czy ja mógłbym ją zarekomendować?

       Z ostatnią wypowiedzianą sylabą pożałowałem tych słów. Wystarczyła jedna łzawa historia, abym złamał zasadę siedzenia cicho i nieangażowania się w los innych ludzi. Jedna zraniona kobieta i jeden mały człowiek rozwijający się pod jej sercem, a ja wpadłem w sidła własnej głupoty.

       Zacząłbym zgrzytać zębami ze złości na samego siebie i na ten żałośnie ludzki odruch, gdybym nie czuł uparcie wwiercających się we mnie oczu Pana, który wydawał się śledzić nawet ruchy moich powiek podczas mrugnięć.

       - Ty? - zdziwił się, ale odbicie tego zdziwienia zniknęło z jego twarzy tak szybko, jak się pojawiło. Kobieta była wpatrzona we mnie, pewnie nawet tego nie dostrzegła. Byłem ciekaw, czy byłaby równie zdziwiona, zobaczywszy coś ludzkiego na tej posągowej twarzy. - Z tego co pamiętam, nie byłeś moim klientem. Czemu miałaby mnie przekonać twoja rekomendacja? - Jego brew lekko się uniosła. - Uważasz, że ci ufam?

piątek, 27 lipca 2018

Rozdział XV - Wędrowiec

Eli

Pan podał adres taksówkarzowi i nakazał mu jechać najkrótszą możliwą drogą. Przesunąłem się w siedzeniu tak, aby nie widzieć lusterka kierowcy. Wolałem nie ryzykować zobaczeniem w jego odbiciu tych samych szarych oczu, po raz kolejny tego wieczoru. Przemoknięty do suchej nitki, próbowałem też nie wsłuchiwać się w deszcz bijący w blachę samochodu, jednocześnie usiłując zignorować uczucie, jakie we mnie wzbudzał. Spoglądałem na świat skąpany w odcieniach szarości. Chaotyczne bębnienie wciąż na nowo wybijało z rytmu pulsujący ból w mojej głowie. Prawdopodobnie kierowany nagłymi uderzeniami irracjonalnego strachu przed niezobaczeniem go obok mnie, co jakiś czas zerkałem na Pana, który podparty łokciem o drzwi i wciąż wpatrzony z namysłem w szybę, bokiem palca wskazującego przesuwał nieznacznie po swojej dolnej wardze, lub po prostu zasłaniał nim usta, czy opuszkiem wystukiwał na nich rytm piosenki, która grała w radiu. Mając przed oczyma ten widok, czułem narastający wstyd, ale byłem zbyt zmęczony żeby się tym bardziej przejmować. Postanowiłem, że zmierzę się z nim jutro, tak jak pijany człowiek następnego dnia mierzy się ze skutkami swojego pijaństwa.

poniedziałek, 2 lipca 2018

Rozdział XIV - Deszcz


Eli

               Przycisnąłem policzek do zamarzającej szyby i przymknąłem powieki, odrywając w końcu wzrok od spadających płatków śniegu i wytężając słuch, niby próbując zza szklanej powłoki usłyszeć wołanie zimy, która nadeszła tego ranka z niespodziewaną wizytą. Szum wiatru, dźwięk przejeżdżającego samochodu, stukanie obcasów kobiety w pośpiechu uciekającej przed mroźnymi podmuchami wiatru, zaraźliwy śmiech dziecka. Zastanawiałem się, czy ta pierwsza wizyta zimy zakończy się szybko, czy świeża, pierwsza warstwa śniegu stopnieje przed końcem dnia, odsłaniając szarą, namokniętą wilgocią, jesienną rzeczywistość, czy może spodoba jej się tutaj i zostanie na dłużej, otulając ponury świat swoją białą peleryną. Zawsze uważałem, że jest coś magicznego w pierwszym śniegu, zawsze podobała mi się ta nuta radości, zaskoczenia, nostalgii, gdy co roku obserwowałem pierwsze spadające z nieba płatki. Wracałem pamięcią do siedmioletniego Eliasa, który przecierał rano oczy, odkopywał się spod kołdry i odsłaniał zasłonę swojego okna, ale zamiast zastanawiać się jaki czeka go dzień, otwierał szeroko oczy, jeszcze nie splamione plugawymi obrazami, które czekały na niego w przyszłości, rozchylał niewinne usta i przylepiał dłonie do zimnej szyby. „Mamo!”, wołał, „śnieg spadł!”, ale nikt nie podzielał jego dziecięcej ekscytacji, prócz małej futrzanej kulki przy jego stopach, o mądrych czekoladowych oczach ufnie w niego wpatrzonych.

sobota, 13 stycznia 2018

Ogłoszenie... czy coś

Będzie krótko.

Nowy rozdział pojawi się za miesiąc.
Jak już pisałam w którymś komentarzu, mam dużo nauki w tym miesiącu i wolę nie skupiać się jednocześnie na niej i na pisaniu, bo obie rzeczy będą mieć gorsze efekty, niż wtedy gdy skupiłabym się na jednej. Dlatego do pisania wrócę w lutym, kiedy już nie będę mieć tyle na głowie i nie będę się stresować tym, czy ze wszystkim zdążę.

To tyle. Mam nadzieję, że nadal będziecie, kiedy wrócę i tym, którym zaczną się w tym czasie ferie, życzę dużo odpoczynku, no i noście czapki oraz szaliki, żebyście nie zachorowali jak ja.

Dobranoc!

PS. Czy śnieg zamierza w ogóle spaść w tym roku? Halo? Zamawiam śnieg.




wtorek, 9 stycznia 2018

Rozdział XIII - Wspomnienie

Loren

                Rudy kot przebiegł przez ulicę.

Niewolnik siedział obok z dłońmi spoczywającymi na kolanach, wpatrując się z zamyśleniem w deskę rozdzielczą i wszystkie zapalone na niej światełka. Nie niecierpliwił się ani nie pytał, dlaczego od trzech minut stoją pod kamienicą. Loren patrzył spod półprzymkniętych powiek w obraz rozpościerający się za przednią szybą, głównie skupiając się na grze cieni, jakie rzucały na chodnik ogołocone z liści konary wysokiego drzewa. Nie wyłączył silnika, bo lubił czuć i słyszeć jego pracę, miał wtedy wrażenie, jakby panował nad żywą istotą, a nie zwykłą maszyną, uruchamianą za pomocą zwykłego metalowego kluczyka.

Bolał go kark, a rozmasowanie palcami czającego się w mięśniach lekkiego napięcia nie pomogło, więc odchylił głowę w tył i czekał aż samo opadnie. Chciał być już w środku, wymyć się i położyć, ale nie chciało mu się wykonywać żadnego ruchu, więc trwał w bezruchu, analizując świeże jeszcze w jego pamięci wydarzenia.

                - Panie? – spytał niewolnik, ostrożnym głosem przecinając w końcu gęstniejącą ciszę. Palcami próbował odszukać jakąś nieistniejącą nitkę na rękawie płaszcza.

czwartek, 28 grudnia 2017

Rozdział XII - Ostatnie życzenie

Eli

                Zaschło mi w ustach. Wiedziałem, że mnie obserwował, z wyczekiwaniem na jakąś odpowiedź, ale nie potrafiłem na nim skupić wzroku; patrzyłem w jego stronę, ale nie widziałem go, a w uszach wciąż pobrzmiewało słowo „przynęta”. I bynajmniej nie niosło ono ze sobą nic dobrego.

                Przynęta… Ja przynętą. Co to oznaczało? Czego Pan ode mnie oczekiwał, powierzając mi tę rolę i czy ja byłem w stanie spełnić jego oczekiwania? Cały mój entuzjazm tą sprawą, w którą mnie wtajemniczył, nagle opadł, a zastąpił go paraliżujący strach, wywołany przez to jedno słowo, którego echo zdawało się nadal złowieszczo wibrować w powietrzu wokół mnie. Co ja sobie wyobrażałem? Że będziemy pracować z Panem nad jakąś sprawą, niczym dwójka kumpli? Gdzie się podziała cała wiedza, którą czerpałem z popełnianych przez siebie błędów w ciągu ostatnich lat? „Nie oczekiwać, nie mieć nadziei, nie pozwolić uśpić swojej czujności, nie pozwalać sobie na jakiekolwiek zgubne odczucia…” Jedne z najważniejszych zasad, a wystarczyło, aby Pan zaproponował pomoc w czymś, czym się zajmuje, abym ja, jak ostatni głupiec złamał je wszystkie.

sobota, 23 grudnia 2017

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Rozdział XI - Wspólnik


Eli

                - Braiden Fergusson – odezwał się Pan, jakby z lekką niechęcią przeciskając te słowa przez usta, w momencie, w którym ujrzałem przed sobą zdjęcie posiadacza owego imienia. Niewątpliwie otyły człowiek o przynajmniej dwóch podbródkach patrzył w obiektyw, w uśmiechu odsłaniając rząd idealnie, wręcz nienaturalnie prostych, ale nieco pożółkłych zębów. Z postępującą łysiną, spod której wyzierała świecąca się skóra, ubrany w elegancki garnitur, podawał dłoń jakiemuś innemu mężczyźnie, którego twarz była na fotografii przycięta, choć teraz pewnie i tak nie miał najmniejszego znaczenia. Z jakiegoś powodu do moich wspomnień na krótki moment wrócił nieproszenie obraz sprzed lat – mój ojciec – a raczej ojciec dawnego mnie -  tradycyjnie siedzący w fotelu przed telewizorem z butelką piwa w ręce, ciskający obelgami w stronę tych wszystkich polityków, czy innych ważnych osobistości, których twarze pojawiały się na ekranie w wiadomościach, codziennie o tej samej ustalonej godzinie. Ten Fergusson ze swoją facjatą idealnie wpasowywał się w grono takich osób – mógłby być jakimś politykiem lub poważanym przedsiębiorcą o dużych wpływach. Nie wiedziałem tego dlatego, że znałem się na takich sprawach, ale dlatego, że znałem ten typ, w którego ślepiach czaiło się coś niepokojącego i którego można było określić trzema prostymi słowami: gruby, bogaty i zboczony. Właśnie tacy byli sporadycznymi gośćmi w domu mojego poprzedniego pana, przeważnie szukający niewolników, zwykle określanych przez nich jako „towar zdatny do użytku”, a Fergusson  właśnie wyglądał jak jeden z nich, o zbyt zgniłym wnętrzu, aby móc je zasłonić uśmiechem.

niedziela, 3 grudnia 2017

Rozdział X - Pakuj się

Loren

                Za cholerę nie mógł się skupić. Jego równe pismo zmieniało się w bazgroły, kiedy kreślił czarnym długopisem po białej kartce, rozpisując szczegóły zlecenia. Palcami drugiej dłoni zataczał powolne kółka na swojej skroni. Obserwatorowi mogłoby się wydawać, że próbuje rozmasować ból, ale tak naprawdę męczyło go coś zupełnie innego.

Co chwilę zatrzymywał tworzenie bazgrołów, czekał aż huczenie wiertarki ustanie, a kiedy to się działo, zastanawiał się na czym skończył. I tak w kółko.

                - Przecież w takich warunkach nie da się pracować! – narzekał do siebie samego, uderzając pięścią w biurko – obecnie jedyny mebel w pomieszczeniu oprócz krzesła - zawalone kartkami, zalewającymi nawet klawiaturę laptopa. Rzadko zdarzało mu się pracować w takim bajzlu. Bo artystycznym nieładem tego już nie było można nazwać. Na kilku niegdyś białych plikach, widniały dwa okrągłe ślady z kawy, a puste kubki walały się gdzieś obok. Jego biurko było ogromne, więc wydawało mu się niemożliwością, aby całe było przykryte stertami wydrukowanych dokumentów, które zaś były zasypane długopisami o różnych kolorach i spinaczami. No właśnie. Wydawało mu się. Rzeczywistością było to, że zapanował tam istny chaos, odzwierciedlając chaos , który panował w jego głowie i współgrając z chaosem, który miał miejsce na parterze jego domu.

niedziela, 19 listopada 2017

Rozdział IX - Obrzydzenie



Eli

[trzy lata wcześniej]

                Sięgnąłem drżącymi palcami do pulsującego bólem miejsca w tyle głowy. Wyczułem we włosach coś mokrego i ciepłego. Przycisnąłem je bardziej i syknąłem przez zęby, gdy kolejna warstwa bólu eksplodowała, zamazując i tak już niezbyt wyraźny obraz przed moimi oczami. Odsunąłem palce i spojrzałem na nie, mrużąc powieki i usiłując skupić wzrok w jednym miejscu. Chwilę zajęło mi uzmysłowienie sobie, że ciepła ciecz, którymi były pokryte opuszki moich palców, to krew. Jęknąłem z paraliżującego bólu, towarzyszącego moim marnym próbom podniesienia się z twardego, szorstkiego asfaltu. Wszystkie moje członki były ociężałe i czułem, jakbym poruszał się w zwolnionym tempie, jak mucha, która utknęła w smole i z każdą kolejną próbą oswobodzenia się, jeszcze bardziej zagłębiała się w gęstą substancję.

sobota, 4 listopada 2017

Rozdział VIII - Przyjęcie

Loren

Złapał za mosiężną kołatkę w postaci dużego kółka zwisającego z paszczy złotego lwa i zastukał nią mocno trzy razy w wielkie dębowe drzwi. Zgodnie ze zwyczajem, po trzech sekundach nacisnął dzwonek i niemal natychmiast drzwi zostały otwarte, a lokaj w uniformie, po ujrzeniu jego twarzy, zaprosił go uprzejmie do środka. W ogromnym holu jego wzrok, jak zwykle kiedy tam bywał, spoczął na kryształowym żyrandolu. Setki drobinek połyskiwało i mieniło się, odbijając światło. Zawsze kiedy pod nim przechodził, miał wrażenie, że to cholerstwo zaraz na niego spadnie. Na szczęście jeszcze nigdy się to nie zdarzyło. Na szczęście dla gospodarza domu.

Rozdział VII - Starania na marne?

Loren


Ze snu wyrwało go coś dziwnego. Jakiś nieznany lub dawno zapomniany dotyk, jakby miękkie futro kota lub psa ocierało się o jego ramię. Przez parę minut nie podnosił powiek, trwając gdzieś pomiędzy jawą, a snem. Przybliżając się do tego pierwszego, zaczął się domyślać co powoduje to łaskoczące uczucie.  Jeśli otworzę oczy, będę musiał go odsunąć, myślał, ale jego umysł coraz bardziej się rozjaśniał, w końcu zmuszając go do wyjścia naprzeciw rzeczywistości. Spojrzał na swoje ramię i na głowę niewolnika tuż przy nim. Uniósł kilka dotykających jego skóry kosmyków i przesunął je między palcami. Miękkie. Zanim się zorientował głaskał go po głowie jak małe zwierzątko. I doszedł do wniosku, że właśnie tym przecież był, małym ślicznym, wytresowanym zwierzątkiem.

poniedziałek, 23 października 2017

Rozdział VI - Dziwny Pan

Eli

                Przekręciłem się na drugi bok i westchnąłem ciężko, analizując w myślach każdy moment, który spędziłem z Panem podczas tego bezproduktywnego tygodnia. Nie trwało to dugo, bo momentów tych nie było zbyt wiele. Dlatego też wciąż na nowo przewijałem klatki wspomnień, zastanawiając się zarówno nad zachowaniem Pana, jak i nad tym co ja robię źle i co mogę poprawić. W ciągu ostatnich paru dni jedliśmy ze sobą tylko śniadania i kolacje. Pomiędzy tymi posiłkami Pan albo znikał, albo krzątał się po domu, ledwo zwracając na mnie uwagę. Ja z kolei spędzałem czas w jego sypialni, czyli w jedynym pomieszczeniu, oprócz łazienki i kuchni, w którym mogłem przebywać, zwykle czytając książki, czasopisma i gazety, które dał mi Pan lub po prostu rozmyślając intensywnie nad tym co zrobić, aby Pan „coś” zrobił.

poniedziałek, 16 października 2017

Rozdział V - Miejsce niewolnika jest w ciemności

Eli
                - Za ciasno. Unieś je wyżej.
                - N-nie mogę, Panie… - stęknąłem z wysiłkiem, opierając się odkrytymi plecami o zimne lustro wbudowane w ścianę przymierzalni.
                - Cholera, Eli… - mruknął pod nosem Pan. Włosy, które wcześniej próbowałem ułożyć (z w miarę zadowalającym efektem) podczas wchodzenia do sklepu, były już tak samo rozczochrane, jak po wyjściu z łóżka.
                - Jeszcze chwila i… - urwał.
                Ledwo dostrzegałem przez ciemnozielony materiał, który zasłaniał moje oczy, poruszający się przy mnie kształt ciała Pana. W tej pozycji, ograniczającej moje ruchy, ze skrępowanymi nad głową rękami, byłem zdany tylko na niego.

poniedziałek, 9 października 2017

Rozdział IV - Dziwny niewolnik

Eli

                Pan z uznaniem patrzy na swojego posłusznego i dobrze znającego jego potrzeby niewolnika. W pełni mu się oddaję, a on z chęcią zaspokaja na mnie swoje pragnienie. Po wszystkim dostaję wspaniałą nagrodę, „order dobrego sługi” w postaci pochwały. „Dobrze się spisałeś, Eli”, mówi zadowolony Pan i kładzie się, a ja wracam na swoje miejsce na podłodze, tym razem bez żadnych nowych siniaków.

                Tak miało to wyglądać. Tak to sobie zdążyłem wyobrazić w krótkiej drodze do sypialni i była to dla mnie najatrakcyjniejsza z wizji, kończących dzisiejszy wieczór. Byłem niemal pewien, że tak właśnie się on potoczy. Dlatego też, słowa jakie padły z ust Pana wywołały u mnie taki szok.

                Jak to nie jest… gejem? Co to oznacza? Nie chce mnie? Jeśli nie chodzi o to… to dlaczego mnie ze sobą wziął? Nie… Stop, Eli, skup się. Pan na pewno cię testuje. Sprawdza, jak zareagujesz. Tylko jaki może mieć w tym cel..? I jak właściwie mam zareagować, tak ,aby go nie zawieść? A może… może po prostu jest zmęczony i nie ma dziś ochoty?

                                - P-Panie… - zacząłem pełen obaw, aby tym samym przerwać natłok niepożądanych myśli i, w geście dezorientacji, złapałem palcami materiał za dużej koszuli. Zacząłem powoli podciągać ją do góry, ale zostało to niemal natychmiast przerwane, gdy dłoń Pana wylądowała na przegubie mojego nadgarstka. Poczułem w tamtym miejscu ciepło, zastanawiając się jednocześnie, czy Pan czuje mój przyspieszony puls.

sobota, 30 września 2017

Rozdział III - Nowy dom

Eli

                Odetchnąłem cicho z ulgą, gdy pojazd ponownie ruszył. Wizja wysiadania z samochodu i bycia pozostawionym samemu w miejscu, którego kompletnie nie znałem, napawała mnie trudnym do pojęcia strachem. Dlatego też, prócz ulgi poczułem przypływ wdzięczności do nowego Pana, za to, że jednak okazał mi litość i postanowił wziąć mnie ze sobą. Nie wiedziałem tylko co skłoniło go do zmiany decyzji, ale uznałem, że na pewno nie był to mój wygląd. Widząc swoje niewyraźne, lecz ukazujące wszystkie mankamenty obecnej aparycji odbicie, dokładnie słyszałem w głowie słowa nagany i jednocześnie cenne nauki byłego tresera: „ Przy nowym właścicielu musicie prezentować się nienagannie. Wszystko ma być na tyle idealne, aby wzbudzić pożądanie u potencjalnego kupca i  zachęcić go do wydania pieniędzy właśnie na was. Tak, to jest wasz główny cel…”. No cóż. Teraz mógłbym wzbudzić co najwyżej współczucie.